Zmiana bez bólu?

To, co cenne rodzi się w bólu, to znana prawda, występująca w niezliczonych odmianach. Anglicy mawiają "no pain, no gain", w Polsce usłyszymy "bez pracy nie ma kołaczy". Jeśli chcesz dobrze wyglądać, mieć pieniądze czy szacunek — musisz na to ciężko zapracować! Skoro wysiłek musi boleć, może się pojawić pokusa, żeby z niego po prostu zrezygnować. Wówczas jednak natychmiast przypomni się inne, bardziej nowoczesne przysłowie: "Kto stoi w miejscu, ten się cofa!" No tak, jeśli się zatrzymam, prędzej czy później porównanie z innymi, którzy śmiało kroczą do przodu, spowoduje frustrację i ból.

zmiana bez bólu

Skoro świadomość nieuchronnego bólu jest coraz szersza, nie może dziwić rosnąca z końcem XX wieku popularność psychoterapii. Czy jednak udając się do terapeuty możemy liczyć na szybkie uwolnienie od cierpienia? Raczej nie, bo pozbycie się tej niechcianej części nas samych także będzie okupione wysiłkiem: "pracą nad sobą" a czasem wręcz "walką z samym sobą". Może trzeba będzie uzewnętrznić trudne wspomnienia? Albo uświadomić sobie jeszcze trudniejsze prawdy o sobie oraz o naszych zakłamanych relacjach z bliskimi? Twórca psychoanalizy nie pozostawia złudzeń: cała kultura to "źródło cierpień". Człowiek, wewnętrznie rozdarty między naturalnymi popędami a kagańcem kultury i wychowania, jest nieuleczalnie chory na cierpienie i nieszczęście, tak po prostu, z definicji. Podobnie myśli wielu filozofów, a w uświadamianiu, jak bolesne jest życie, przodują niektórzy egzystencjaliści. Jesteśmy nieszczęśliwi, bo jesteśmy wolni, a wolność to konieczność ciągłego wybierania. Nie ważne, czy chodzi o markę samochodu, telewizor czy o wybór życiowego partnera. Nigdy nie możemy mieć pewności, że wybieramy właściwie!
Przecież nie widzimy wszystkich przyczynowo-skutkowych zależności, nie wiemy, co się wydarzy za rok, a nawet za chwilę…. A ostatecznie: nie wiemy, dokąd zmierzamy i po co żyjemy. I w tym stanie permanentnego braku danych na przemian: dokonujemy wyborów i żałujemy tego, cośmy zrobili — a wybrać trzeba, bo brak wyboru to też wybór!

"No tak, życie jest ciężkie"— westchnie pewnie w tym momencie niejeden Czytelnik. A może raczej pomyśli: "przecież są na świecie silni ludzie, którzy nie narzekają, tylko działają", no tak, to jest pocieszające. Wprawdzie życie to walka, a walka oznacza "krew, pot i łzy" — ale przecież: co nas nie zabije, to nas wzmocni! Aż zrobiło się różowo, tyle radości i optymizmu! Spójrzmy jednak nieco uważniej, a dostrzeżemy, że traktując sprawę w ten sposób, niezauważalnie znów "programujemy się" na cierpienie. No bo przecież: żeby się rozwijać musimy cierpieć. Im więcej bólu, tym lepsza życiowa nauczka, tym większe "wzmocnienie". Lekcja numer 1: oszukał nas nieuczciwy handlarz (i już jesteśmy trochę mocniejsi). Lekcja nr 2: nieudany wyjazd na wakacje: skradziony na lotnisku portfel i hotel  o standardzie baraku, znów przybywa nam sił…

Aż strach pomyśleć, jak powinna wyglądać lekcja nr 38. Zmowa przyjaciół? Zdrada partnera czy małżonka? Jeśli taki jest ukryty sens popularnej recepty na rozwój — to nic dziwnego, że wielu ludzi nie pragnie się rozwijać…
Przy takim założeniu "praca nad sobą" przybiera nieraz formy dość karykaturalne. Spójrzmy, wielu ludzi traktuje własne ciało niczym biednego osiołka. Umartwianie się, mordercze tortury w siłowni, odchudzanie na pograniczu śmierci głodowej, trujące farmaceutyki. Im bardziej bolesne dochodzenie do upragnionej cielesnej formy, tym bardziej prawdopodobne, że stara forma powróci, za sprawą słynnego efektu jojo.

Czy zatem nie ma sposobu? Jest! A żeby go pojąć, spójrzmy, w jaki sposób rozwijają się i zachowują osoby niezepsute naszymi przesądami, czyli… dzieci. Pierwszy łyk mleka, pierwsze wypowiedziane słowo (ono zawsze jest tym najtrudniejszym w życiu!), pierwszy krok… To wszystko wymaga bez wątpienia wysiłku, a jednocześnie przychodzi "naturalnie", jakby samo z siebie, wystarczy nie przeszkadzać! Spójrzmy na radośnie skaczącego i krzyczącego malucha i zapytajmy go po co to robi, i czy nie jest to dla niego męczące. Dzieci na ogół tyleż trafnie co dosadnie komentują głupie pytania dorosłych. Jeszcze nie nauczyły się, że życie to walka i ból. Podobno przeprowadzono kiedyś eksperyment. Wynajęty sportowiec miał przez jedną dobę naśladować dziecko, każdy jego krok czy podskok, śmiech i płacz, każde potknięcie i upadek. I cóż?


W połowie dnia mistrz sportowy znalazł się w szpitalu, a dziecko hasało dalej. Jednak już niedługo i ono będzie się męczyć, już niedługo zrozumie, że poruszanie się, a tym bardziej uczenie się czegokolwiek, to ciężka praca — musi tylko wysłuchać dorosłych, zaprawionych w boju cierpiętników. Niesamowite, że dorośli potrafią nawet tak naturalne sprawy jak jedzenie czy spanie przekształcić w przykry obowiązek…

Podsumowując: jesteśmy jak zahipnotyzowani, daliśmy sobie wmówić nam, że życie to ból i walka, a ta najtrudniejsza potyczka i to nie do uniknięcia, to nasza wewnętrzna wojna domowa. Ileż fałszywej dumy jest w określeniach "walka z samym sobą", "zwycięstwo nad samym sobą"! Ale zastanówmy się, spokojnie… Jeśli ja wygrywam z samym sobą, to kto przegrywa? Odpowiedź jest oczywista, także ja, ja sam, nikt inny!

W pierwszej części naszej refleksji nad ludzkim życiem i rozwojem analizowaliśmy popularną tezę, że wszelka życiowa zmiana na lepsze oznacza "pot i łzy", że rozwój wymaga cierpienia a nauka jest w przeważającej części bolesna. I tak od niemowlaka. W tym wykładzie (podobnie jak na prowadzonych przez nas warsztatach) proponujemy zupełnie inne spojrzenie na sprawę wewnętrznego i zewnętrznego rozwoju. Otóż jesteśmy przekonani, że dobrze zaplanowana zmiana nie boli, a już na pewno nie wymaga "potu i łez"(!) Nasuwa się pytanie: w czym w takim razie tkwi sekret…? 

Aby go odkryć jeszcze raz spójrzmy z należytą powagą na dziecko i jego rozwój; pochylmy się nad cudem jego wewnętrznej energii, gdy dzielnie gimnastykuje mięśnie w łóżeczku albo ćwiczy równowagę beztrosko podskakując. Podziwiajmy jak zapamiętale (ale chyba bezboleśnie!) ćwiczy mowę, aby w końcu bezładne gaworzenie zamieniło się w najtrudniejsze w każdym języku słowo: pierwsze słowo. I już zaczyna pojawiać się zrozumienie: zmiana nie musi być ciężką pracą, jeśli… jest NATURALNA!

I początkowo tak jest, rodzimy się otwarci na rozwój, a ten następuje niejako samoczynnie; dopiero z czasem staje się bolesnym wysiłkiem. A dzieje się tak wtedy, gdy próbujemy działać wbrew rzeczywistym potrzebom, albo dokonujemy zmiany nie dysponując odpowiednim zapasem energii (dziecko w takiej sytuacji po prostu zasypia).

Czy to znaczy, że powinniśmy powrócić do dziecięcej spontaniczności i liczyć, że wszystko stanie się samo? Przecież w dorosłym życiu nie odtworzymy psychologicznej sytuacji dziecka — musimy planować, powinniśmy myśleć strategicznie i brać odpowiedzialność. Nikt się o nas nie zatroszczy jak o niemowlę, problemy nie rozwiążą się same… Co nam zatem pozostaje? Trzeba odkryć inny, "dorosły" sens formuły spontaniczności i naturalności zmiany. Budowanie stanu, w którym zmiany rozwojowe stają się czymś bezbolesnym, a nawet radosnym i bezwysiłkowym, to zadanie wieloetapowe.

Zajmijmy się teraz zbudowaniem podstawy czyli sprawdzeniem i przygotowaniem gruntu do wprowadzenia zmiany, a zrobimy to z matematyczną precyzją…

Wiele uciążliwej, bolesnej pracy nie przynosi efektów po prostu dlatego, że nie wypływa ona z naszych rzeczywistych potrzeb. Nie wszystkie zmiany, których się podejmujemy, są nam w naszym głębokim przekonaniu potrzebne. Dajmy przykład: szef wysyła mnie na szkolenie z tzw. "miękkich umiejętności", żebym jako kierownik sprawniej oceniał moich pracowników. Ja jednak uważam, że robię to znakomicie, a moi ludzie uważają, że ich szef jest najlepszym przełożonym na świecie. Na szkoleniu, na które się udam, będę się koncentrować na myślach w stylu: "Po co ja tu jestem? Jakie to oczywiste! A to jest zupełnie bez sensu! etc.". Po kilku godzinach nieustannego negowania przedzielonego okresami nudy, będę śmiertelnie zmęczony, i rzecz jasna w moim rozwoju nic się nie wydarzy…

Krótko mówiąc, jeśli chcę cokolwiek zmienić, muszę najpierw mieć głębokie poczucie (lub choćby przeczucie), że zmiana jest potrzebna; w przeciwnym razie podejmowane próby okażą się serią (drobnych) porażek, które z czasem zmienią się w rodzaj przyzwyczajenia, obejmującego daną dziedzinę życia ("nigdy nie schudnę", "nigdy nie nauczę się angielskiego"). Nasuwa się pytanie: czy w ogóle można przewidzieć w których sprawach zmiana może się udać, a za które rzeczy lepiej w ogóle się nie brać? Odpowiedź jest optymistyczna: można. Więcej! Można nawet pracować nad występującymi tu czynnikami, tak aby zwiększyć skuteczność i trwałość zmiany! I to co najmniej na kilka sposobów.

Żeby oszacować szansę i stopień "bezbolesności" skutecznej zmiany można na początek zastosować formułę Richarda Beckharda (wymyśloną przez niego na potrzeby rozwoju organizacji, ale obowiązującą także dla ludzi). Aby zmiana była trwała, musi mianowicie zostać spełniony następujący warunek:
BS × W × PK > OZ
BS — to brak satysfakcji z obecnego stanu rzeczy (co będzie, jeśli zostawię sprawy tak jak są przez kolejne x lat? a więc: na ile to, co jest, jest dla mnie na dłuższą metę nie do przyjęcia) — BS określa siłę tzw. "motywacji od".
W — to wizja pożądanego stanu rzeczy (kim mogę być? co chciałabym i mogę osiągnąć? jakie wartości dzięki temu zrealizuję?)
PK — to pozytywne pierwsze kroki, które już uczyniłam (albo mogę z łatwością uczynić) w kierunku realizacji mojej wizji.
OZ — to natomiast opór przed zmianą — naturalna reakcja motywowana lękiem przed utratą tego, co już osiągnęliśmy i co już działa, niechęcią wobec wysiłku, który trzeba będzie podjąć. Wreszcie niepewnością, co do tego, czy nam się uda. Opór ten może być także podsycany przez czynniki zewnętrzne, np. niechętna zmianom rodzina czy krytycznie patrzący na nas znajomi.

Zgodnie z regułami matematyki (zwróćmy uwagę, to mnożenie, nie suma). Jeśli choćby jeden z pierwszych trzech czynników ma wartość zerową lub bliską zeru, szanse na skuteczną i bezbolesną zmianę są prawie żadne (opór przed zmianą nigdy bowiem nie jest zerowy).

Żeby to ocenić w praktyce, musimy zbadać proces myślowy, który kryje się za podejmowanym wysiłkiem. Weźmy pod uwagę dwa przykłady:

•    Osoba nr 1: Pani Barbara, myśli o znalezieniu nowej pracy (ktoś z rodziny niedawno wspominał jej o wakacie, a nawet oferował pomoc w otrzymaniu stanowiska) jednak  w tym celu musiałaby zdobyć nowe kwalifikacje.
•    Osoba numer 2: Pan Ryszard, bardzo chciałby zrzucić kilka kilogramów, bo nie czuje się tak dobrze jak kiedyś i na tenisie wyraźnie odstaje kondycyjnie od kolegów.
Przyjrzyjmy się teraz, w jaki sposób myślą oni o poszczególnych elementach planowanej "transformacji".
Pani Barbara:
•    praca bardzo jej doskwiera: "jestem źle traktowana, nie mam tu najmniejszej szansy na rozwój czy awans, nie najlepiej płacą" — wysokie BS, ale jednocześnie…
•    … ma bardzo słabą wizję tego, co można z tym zrobić: "co to właściwie za praca, nic nie wiem o tamtej firmie… może spróbuję się dokwalifikować i potem faktycznie czegoś poszukam?" — co najwyżej średnia wartość W;
•    nie ma pozytywnych doświadczeń w zakresie zdobywania nowych kwalifikacji "… nauka nowych rzeczy zawsze kiepsko mi szła, od dwóch lat bezskutecznie próbuję nauczyć się hiszpańskiego" — zerowa wartość PK;
•    bardzo boi się, co z nią będzie, jeśli ostatecznie zostanie bez pracy: "jeśli stąd odejdę, a tam nie dostanę pracy, zostanę na bruku…" (duży opór przed zmianą)
Mimo wszystko, Pani Barbara zapisuje się na dodatkowy kurs.
Pan Ryszard:
•    jest niezadowolony z wyglądu i samopoczucia "jeśli tak dalej pójdzie, nie dam rady zawiązać sobie butów; mam dość zadyszki na schodach"; i… (wysoki BS)
•    ma wizję, która zdecydowanie go pociąga: powrót do wysportowanej sylwetki, radosne bieganie po schodach, seria zwycięstw w pojedynkach tenisowych (silna W); ale…
•    nie bardzo wie, co konkretnie powinien zrobić; na siłownię nie ma czasu, diety w jego przypadku nigdy się nie sprawdzały, a do form sportowych poza tenisem mobilizuje się co najwyżej na krótko… (PK = 0); a na dodatek…
•    … uwielbia dobrze zjeść, a po dniu ciężkiej pracy zrelaksować się przy kufelku piwa; owszem, "mogę poruszać się trochę rano, ale tylko trochę, bo muszę się wyspać; ewentualnie wchodzi w rachubę weekend, ale nie każdy; jakiekolwiek działania w tygodniu po pracy odpadają: jestem zbyt wykończony" [duży opór przed zmianą OZ]
Mimo wszystko Pan Ryszard dzielnie postanawia: "spróbuję jednak trochę mniej jeść, m.in. zrezygnuję ze słodyczy i z pieczywa, no i postaram się znaleźć więcej czasu na ruch"
W obu opisanych przypadkach szanse, że cokolwiek wyniknie z podejmowanych wysiłków są mikroskopijne (choć zarówno Pani Barbara jak i Pan Ryszard mogą się bardzo zmęczyć podejmowanymi wysiłkami).

Postawmy teraz konkretne pytanie: co mogę zrobić, aby mając świadomość powyższej formuły zwiększyć swoje szanse i zmniejszyć zmęczenie powodowane działaniami?

Otóż trzeba najpierw przeanalizować każdy z wymienionych czynników.
Dla ułatwienia można go ocenić w skali matematycznej, powiedzmy BS, W, PK w skali od 0 do 2, zaś opór przed zmianą w skali od 0 (nie czuję takiego oporu, jestem zupełnie otwarty) do 8 (podjęcie zmiany budzi paniczny lęk, zmiana jest czymś niewyobrażalnym).

Następnie sprawdźmy wynik. Jeśli iloczyn po lewej zdecydowanie przewyższa wartość OZ — jesteśmy na dobrej drodze do bezbolesnej transformacji. Jeśli jednak jest odwrotnie albo obie wartości są zbliżone, zanim podejmiemy "pracę nad problemem", wykonajmy mało męczącą, a bardzo istotną "pracę nad sobą". Który element jest najsłabszy?
•    Brak satysfakcji? W takim razie spróbujmy podziałać wyobraźnią. Co się stanie, jeśli nadal będzie jak dotąd? Czym różni się stan obecny od idealnego? Co tracę, nie ruszając moich spraw?
•    Słaba wizja? Tu również trzeba jedynie wyobraźni! Zobaczmy to, co chcemy osiągnąć, usłyszmy dźwięki i słowa otoczenia, które widzi, że nam się udało; poczujmy zapach towarzyszący zwycięstwu, poczujmy w trzewiach radosne podniecenie… Taka wirtualna podróż w kierunku sukcesu stanowi swoisty trening; realne działania pójdą neuronową ścieżką, którą już zbudowaliśmy dzięki wyobraźni!
•    Pierwsze kroki? Tym razem sięgnijmy do pamięci — w jakich podobnych sytuacjach już mi się udało? Które cenne doświadczenia mogę wykorzystać w planowanym działaniu? Co dobrego już wydarzyło się w mojej sprawie? Kogo mogę podpatrzeć, skąd mogę uzyskać wsparcie?
We wzmocnieniu tych czynników znakomicie sprawdza się pomoc profesjonalnego coacha.

Warto na koniec tej części wyciągnąć jeszcze ważny ogólny wniosek. Ten mianowicie, że podstawą skutecznego działania jest zawsze świadomość czy też samoświadomość.  To nie zmiana nas męczy, nie same podejmowane działania, ale to, co dzieje się w sferze myślenia (także tego pozaświadomego). W oczywisty sposób męczą nas działania, których sens jest wątpliwy albo takie, co do których skuteczności mamy wątpliwość.

Niedawno słyszałem w Radiowej Trójce wypowiedź słuchacza, który wspominał, że największą karą w jego zakładzie jest przeniesienie do pracy "na guziku". Przez 8 godzin obserwuje się pracę taśmociągów i stosownie do zachowania pierwszej taśmy uruchamia się albo zatrzymuje drugą, tylko obserwacja i naciskanie guzika — "trudno wyobrazić sobie coś okropniejszego…". Zupełnie coś innego, niż np. wciągająca gra komputerowa, prawda? A czym w istocie jest owa gra komputerowa, jeśli nie obserwowaniem i naciskaniem przycisków? Warto się nad tym zastanowić…

Tekst: dr Tomasz Skalski,

koordynator Merytoryczny Ogólnopolskiej

Kampanii Społecznej Pozytywny Egoizm

Przeczytaj również:

Jak rozbroić zazdrość

Szukaj pogodnej strony dnia

Przytul mnie!

Dodał(a): Karolina Kawecka , Piątek 27.04.2012 (aktualizacja: 2012-04-27)
Ocena:

Dodaj komentarz

Wszystkie komentarze

Awatar
Zaloguj się lub zarejestruj jeśli chcesz dodać komentarz.

Zobacz również

×