Bać się o jutro

Któregoś dnia dowiadujesz się, że twój partner jest poważnie chory. Czujesz, że świat dookoła rozpada się na kawałki... O tym, jak zmierzyć się z tą sytuacją i wspierać bliskiego, rozmawiamy z psychoterapeutą.

Bać się o jutro

Redakcja: Niesamowicie ciężko poradzić sobie z emocjami, kiedy słyszymy, że partner jest poważnie, może nieuleczalnie chory. Tego nie uczą w szkole...

Mariola Kosowicz (psychoterapeuta i psychoonkolog z Centrum Onkologii – Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie): Choroba bliskiej nam osoby, szczególnie przewlekła, to ogromny szok, niedowierzanie, złość, lęk, rozpacz. Trudno pozbierać myśli i pogodzić się z tym, że zmienia się nasze dotychczasowe życie. Na początku tej drogi wszystko wydaje się przytłaczające i obce. Do głosu dochodzą emocje, które nigdy wcześniej nie były tak trudne i bolesne. Właśnie w takich sytuacjach ujawnia się prawda o naszych sposobach reagowania, o trwałości związku, przyjaźni, o relacjach z dziećmi, rodziną i kolegami z pracy. Jedni szukają sił do przezwyciężenia problemów w sobie i w relacji z najbliższymi, inni dopatrują się powodu całego zła w swoim życiu w chorobie. I ona staje się wytłumaczeniem wszystkich problemów. Choroba to moment, w którym otwiera się skrzynia pełna różnych uczuć, ale też prawdy o naszym życiu.

O.: I o związku?

M.K.: Oczywiście, że tak. Każdy związek znacznie wcześniej wypracował swoje sposoby komunikacji, wspierania się w trudnej sytuacji. Choroba, podobnie jak wiele innych sytuacji kryzysowych, weryfikuje to wszystko. W relacjach partnerskich pojawiają się bariery. Nie potrafimy nazwać tego, co czujemy, z czym sobie nie radzimy. Nie mamy odwagi się do tego przyznać. Tłumaczymy sobie, że w imię miłości trzeba chronić siebie wzajemnie przed trudnymi rozmowami, i tak w tym trwamy, powodując jeszcze większe nieporozumienia w komunikowaniu. Jesteśmy razem, a jednak osobno. Nie da się na siłę doprowadzić np. do otwartej rozmowy. Nie można zmusić do kochania, ciepłych gestów, jeżeli dawno nie są one zgodne z naszymi uczuciami. Ludzie są ze sobą z różnych powodów. Wszyscy, na swój sposób, szukamy bezpieczeństwa, tylko że dla jednych najważniejsze będą: zaufanie, sza-cunek, wartości rodzinne, wsparcie i partnerskie relacje, a dla innych: finanse, piękny dom, wspólny biznes, obowiązek wobec dzieci, a zamiast partnerstwa – kontrola lub odgrywanie roli ofiary.

O.: W jakie role zwykle wchodzimy?

M.K.:
W rodzinie podział na role jest czymś normalnym i potrzebnym. Na przykład partnerka dba o dom, jest opiekuńcza i świetnie radzi sobie z lekcjami dzieci, ma umiejętności organizacyjne, a on jest ostoją spokoju i można zawsze na niego liczyć – naprawi kran itp. Najlepiej, jeżeli ten podział jest elastyczny, bo gdy pojawia się sytuacja wymagająca przyjęcia na siebie nowych obowiązków, to pomimo obciążenia naturalnie je przejmujemy i robimy to dla naszego wspólnego dobra: "Jesteś chory, połóż się, załatwię to za ciebie. Nie wiem, czy poradzę sobie z tym tak dobrze jak ty, ale spróbuję". Gorzej, jeżeli role są sztywne i bardziej wynikają z walki o wpływy lub z niedojrzałości partnerów. Rola silnego i niezniszczalnego partnera ("Jeszcze żyję, daj mi spokój, poradzę sobie sam"), który o wszystkim decydował i wierzył, że bez niego świat się rozpadnie, w sytuacji choroby będzie niepotrzebnym bohaterstwem, zaprzeczaniem, że nic się nie stało. Ktoś inny zawsze był w związku tym bezradnym, wrażliwym, oczekującym opieki. Wtedy choroba partnera opiekuna może być trudna do udźwignięcia. W takiej sytuacji trzeba dojrzeć i wydorośleć albo poszukać nowego opiekuna.

O.: Niektórzy uciekają w pracę, alkohol, nową miłość...

M.K.: Na swój sposób wszyscy uciekamy od problemów. Potrzebujemy oddechu, oderwania się od natłoku czarnych myśli. Ważne, jak i gdzie szukamy odreagowania. Alkohol, nowy partner pocieszyciel, praca do późnych godzin wieczornych – to chwilowy plaster na zranienie, dzięki któremu czasami wierzymy, że samo się zagoi. Ale za chwilę wracamy do domu, gdzie dopadają nas problemy i okazuje się, że plaster nie wystarcza. Powstaje błędne koło: im bardziej uciekamy, tym bardziej boleśnie odczuwamy frustracje. Może warto w takich chwilach zrobić sobie rachunek sumienia i nazwać, co mnie przerasta, i zastanowić się, czy przypadkiem ucieczka to nie jest mój sposób na unikanie problemu. To nic złego nie radzić sobie, kiedy jest tak trudno, bać się nowej sytuacji, odczuwać lęk przed nieznanym, odkryć, że jako para wcale nie jesteśmy tacy zgrani, że jedynym sposobem na powiedzenie sobie kilku słów prawdy jest awantura. Najważniejsze, co z tym zrobimy. Kryzys w takiej chwili jest czymś normalnym, cała trudność leży w sposobie jego rozwiązania. Widziałam wiele par, które dzięki chorobie w rodzinie odnalazły drogę do siebie, przypomniały sobie, jak dobrze być razem. Wszystko to jednak wymaga czasu i wielu rozmów.

O.:
A kiedy jest ten dobry moment na rozmowę?

M.K.: Czasami dzieje się to w sposób naturalny. Na przykład jeden z partnerów czuje, że już dłużej nie może udawać, że nic się nie zmieniło, i sam zaczyna rozmowę. Albo z mało zobowiązującej dyskusji wynika głęboka analiza ważnego dla obojga problemu. Niedawno była u mnie para młodych ludzi. Mężczyzna – pięć tygodni po operacji. Dopiero w gabinecie miał odwagę powiedzieć: "Wie pani, ja chyba umrę", ona zaczęła płakać. Powiedziałam,  że to normalne, mają prawo bać się o to, co będzie dalej, i że lęk to nic złego, ale trzeba nauczyć się go kontrolować. To spotkanie u mnie było początkiem ich rozmowy o wszystkim: o strachu, niepewności, co dalej.

O.: Zdarza się, że chory odrzuca partnera, aby sprawdzić, czy jest nadal ważny, kochany, chciany?

M.K.:
Tak, ale to oznacza,  że ten scenariusz by ł trenowany w związku wcześniej jako rodzaj niebezpiecznej gry małżeńskiej: "Nie potrafię dojrzale ocenić uczuć swoich i partnera, dlatego ciągle sprawdzam ich siłę". Czasami dopiero w chorobie ludzie zaczynają okazywać sobie zainteresowanie i chory partner skrzętnie to wykorzystuje. Nie ma zaufania, że bez swojego cierpienia może być kochany. A może pierwszy raz doświadcza uczucia, że jest dla
partnerki ważny? Niekiedy tylko choroba wsparcia traktują jako poniżenie. Skoro mężczyzna zawsze rozdawał karty, bardzo trudno mu przyjąć pomoc od innych. Żona mówi: "Odpocznij, połóż się, bo masz gorączkę. Nie idź od razu po chemii do pracy”, a on na to: "Nie rób ze mnie dziecka. Nie jestem kaleką, jeszcze żyję". A przecież autentycznie się o niego troszczy. Ale ponieważ on, jeszcze przed chorobą, zbudował swój wizerunek silnego faceta, który ze wszystkim daje sobie radę, teraz będzie wracał do domu i nie zauważał jej wyciągniętej dłoni. Nie przyzna się do tego, że jest słaby, zmęczony.

Zamiast tego powie: "Nie dotykaj mnie. Od dziś śpimy osobno" albo "Idź do pracy, ja sobie poradzę, nie spiesz się, zajmij się tym przystojnym kolegą, zawsze miałaś na niego ochotę". Trudno wtedy mówić o wspieraniu partnera, dopóki on sam nie zmierzy się z chorobą i ograniczeniami, które z niej wynikają.

Proponując pomoc, nie można narzucać mu swojego wyobrażenia o tym, co jest dla niego dobre. Trzeba pozwolić partnerowi dokonywać własnych wyborów. Mądre wsparcie polega na tym, że rozróżniamy, dla kogo ono jest: dla nas czy dla niego. Warto też  pamiętać, że niektórzy nie proszą o pomoc, gdyż nie chcą być ciężarem dla bliskiej osoby. Szczególnie kiedy widzą, że ona sobie nie radzi, popłakuje w kącie, ucieka od tematu.

O.: Czy to "nieradzenie" wynika z lęku, że partner umrze?

M.K.:
Często tak. Choroba nowotworowa konfrontuje człowieka z nieuchronnością śmierci, pobudza do refleksji nad życiem, wymusza rachunek sumienia, ten osobisty i ten partnerski. Zaczynamy odczuwać kruchość życia. Zadajemy sobie pytania: czy można było lepiej, jak będziemy żyć teraz i w sytuacji, gdyby tej osoby zabrakło? Nie wszystkim udaje się ogarnąć tę nową rzeczywistość. Nie zapominajmy, że nawet kiedy partnerzy sobie dobrze radzą, to nie zawsze ich rodzina, znajomi mają siłę im towarzyszyć, a nawet jeśli – robią to nieudolnie. W imię troski mówią: "Może w tym roku nie planujmy świąt, bo po co inni z rodziny mają patrzeć na nasze nieszczęście" albo rozmawiają o chorym tak, jakby nie było go w pokoju. Dlatego partnerzy muszą też mieć siłę, żeby oswoić z chorobą dalszych członków rodziny i umieć prosić ich o wsparcie: "Wiem, że się o mnie martwicie, ale udawanie, że nie ma tematu, jeszcze bardziej mnie boli", "Szanuję wasze zaangażowanie w pomoc, ale nie o to nam chodzi", "Nie odrzucamy pomocy, ale zrozumcie, proszę, że sami chcemy decydować o naszym życiu".

Rozmawiała: Ewa Klepacka-Gryz


Przeczytaj również:

Gdy życie staje się za trudne...

Kryzys w związku



Dodał(a): Olga Wap , Poniedziałek 29.08.2011 (aktualizacja: 2011-08-29)
Ocena:

Dodaj komentarz

Wszystkie komentarze (2)

Awatar
Zaloguj się lub zarejestruj jeśli chcesz dodać komentarz.
paula2509
:)
Dodano: 2011-09-01 16:43:35 Zgłoś nadużycie
kobieta
;]
Dodano: 2011-08-31 14:46:33 Zgłoś nadużycie

Zobacz również

×