Przystanek aborcja

To nie jest coś, o czym marzymy, gdy jesteśmy dziewczynkami. Chyba żadna kobieta nie myśli, że chciałaby usunąć ciążę. W Polsce aborcja jest w zasadzie nielegalna. Mimo to do podziemia aborcyjnego co roku schodzi kilkadziesiąt tysięcy Polek. Takich jak nasze bohaterki: Magda i Krystyna.

Przystanek aborcja

Paczka była nieduża. Owinięta w szary papier pakowy. Po adresie nadawcy można było stwierdzić, że nadano ją w Indonezji. Mama dwudziestoletniej wówczas Magdy nie miała żadnych podejrzeń. Córka dużo kupowała na aukcjach internetowych. W środku – dziewięć pigułek. Magda miała wziąć najpierw tę, która hamuje wydzielanie progesteronu i zatrzymuje rozwój ciąży. Była w ósmym tygodniu. Cztery tabletki z drugiego pudełka trzeba było wziąć na drugi dzień. W instrukcji napisano, by rozpuścić je na błonie śluzowej – Magda postanowiła rozetrzeć je na dziąsłach. Była tak zdenerwowana, że zwymiotowała. Nie szkodzi, nie ona pierwsza. Tabletek było więcej, na wszelki wypadek. To pigułki na skurcze. Żeby to przerwać, skończyć. To było trzy lata temu.

Krystyna ma dziś 44 lata. Aborcji – metodą chirurgiczną, wyłyżeczkowania jamy macicy – dokonała 16 lat temu: rok po wprowadzeniu sławetnej ustawy o planowaniu rodziny, nazywanej potocznie „antyaborcyjną”. Trzy lata temu te wydarzenia do niej wróciły. Jej dziesięcioletni syn Norbert zaczął sprawiać problemy wychowawcze. Wagarował, zbierał w szkole dwóje, palił papierosy z lumpami z osiedla, groziła mu zmiana szkoły. Wtedy poczuła żal. I przyszła myśl: to kara. Kara za to, że kilkanaście lat wcześniej usunęła dziecko.

Tak o nim myślała. Nie: płód. Nie: ciąża. Właśnie dziecko. Gdzieś głęboko w środku czuje, że to była córeczka. Zawsze marzyła o dziewczynce.

Przeklęte dwie kreski

Zgodnie z danymi Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny liczba nielegalnych aborcji w Polsce sięga 80-200 tysięcy rocznie. Obok publicznej służby zdrowia i prywatnych gabinetów istnieje gęsta sieć nielegalnych placówek, pośredników pomagających kobietom, które znalazły się w sytuacji kryzysowej. Są w niechcianej ciąży, w kraju, w którym – w świetle prawa – w zasadzie nic nie można z tym faktem zrobić. Oczywiście, ta „pomoc” kosztuje: od 1500 do 3000 zł za zabieg chirurgiczny (łyżeczkowanie), 1000 zł za aborcję farmakologiczną (tabletki), ok. 4000 zł za wyjazd do eleganckiej kliniki na Zachodzie, gdzie ciążę można usunąć szybko, bezpiecznie i w komfortowych warunkach.

Są też sposoby „domowe”. Bardzo niepewne. Nieraz zwyczajnie groźne dla zdrowia i życia. Upić się do nieprzytomności. Skoczyć na brzuch. Zrobić irygację z dodatkiem preparatów, które są do kupienia w każdym sklepie osiedlowym. Można też w internecie znaleźć dokładny przepis: jak przedawkować lek X, żeby poronić. Jak połączyć kilka ogólnie dostępnych leków, żeby doprowadzić do przerwania ciąży.

Krystyna w ogóle takich metod nie brała pod uwagę. Gdy dowiedziała się, że jest w ciąży – te przeklęte dwie kreski na teście! – miała półtorarocznego synka Adriana. Razem z nim i z mężem mieszkali u jej rodziców. Zajmowali jeden z dwóch pokoi – całe 12 metrów kwadratowych. Łóżko, szafa, rozkładany kojec Adrianka i mikroskopijny pasek podłogi, żeby było jak dojść do drzwi. Obok rodzice Krystyny. Codziennie rano kolejka do łazienki. Kompletny brak intymności. – Po prostu nie wyobrażałam sobie w tych warunkach drugiego dziecka. No jak, gdzie? Na głowie? Poza tym ledwie doszłam do siebie po pierwszym porodzie, który był ciężki, bardzo bolesny, trwał ponad dobę. W ogóle nie byłam pewna, czy chcę mieć jeszcze kiedyś drugie dziecko. Wróciłam właśnie do pracy. Liczyłam na awans, podwyżkę. Chcieliśmy wreszcie odłożyć na własny kąt, zacząć normalnie żyć. A tu coś takiego... Zawiodły globulki, kalendarzyk. Koniec naszych wielkich planów, marzeń. Paweł nawet mówił: a może nam się uda? Może sobie poradzimy? Ale jakoś tak bez przekonania. Nie, nie. Wpadłam w taki kanał: po prostu nie. Nie możemy – opowiada Krystyna.

Magda też wpadła. W ciążę i w kanał. Jej chłopakowi pękła prezerwatywa. Mieli niestety pecha. To były dni płodne. Ona w tym czasie mieszkała u rodziców, chciała zmienić kierunek studiów. Poza tym miała krew Rh-, Łukasz – Rh+. W przypadku rodziców Magdy też tak było: konflikt serologiczny, ryzyko powikłań. Bała się strasznie, że i u niej ta historia się powtórzy. – Zadzwoniłam do niego, powiedziałam: chcę usunąć. On na to tylko tyle: to słuszna decyzja – mówi Magda. Uznała, że sprawa jest zamknięta.

Jak wynika z badań Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny przeprowadzonych wśród personelu medycznego, za aż 99 proc. decyzji o usunięciu ciąży stoją względy ekonomiczne. Widać to także w opowieściach Krystyny i Magdy, a także w licznych postach na forum Aborcja na platformie internetowej „Gazety Wyborczej”. Internautki piszą tam, że nie mają własnego mieszkania, warunków, pracy, nie będą miały z czego żyć, nie poradzą sobie. Inne powody to: zły stan zdrowia, zaawansowany wiek lub, przeciwnie, wpadka w zbyt młodym wieku, ciąża będąca wynikiem gwałtu (także w małżeństwie).

Tekst: Jagna Kaczanowska,

psycholog Anna Łapińska




Imiona bohaterek oraz niektóre fakty z ich życia zostały zmienione.
Korzystałyśmy z materiałów Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny
oraz książek: "Aborcja. Przyczyny, następstwa, terapia" pod red. naukową Bogdana Chazana i Witolda Simona,
„Aborcja. Przywrócić życiu sens” Nancy Michels
Dodał(a): Redakcja , Poniedziałek 21.02.2011 (aktualizacja: 2011-07-12)
Ocena:

Dodaj komentarz

Wszystkie komentarze

Awatar
Zaloguj się lub zarejestruj jeśli chcesz dodać komentarz.

Zobacz również

×