Rodzice dorosłych dzieci

Twoje dzieci od lat są poza domem, a ty nie przestajesz się o nie martwić. Kiedy dzwonią, proszą o radę, by... i tak postąpić po swojemu. Gdy telefon zbyt długo milczy, umierasz ze strachu, że stało się coś złego. Kochanie dorosłych dzieci to niełatwe zadanie.

Rodzice dorosłych dzieci


Kiedy wyprowadziłam się z rodzinnego domu, miałam 20 lat. Moja mama była wtedy energiczną czterdziestokilkuletnią kobietą. Chwilę potem sama zostałam matką. Choć nadal czułam się jak dziecko, które ma prawo popełniać błędy, bo w razie potrzeby może schronić się pod skrzydłami rodziców. Mama pomagała mi finansowo. Kupowała ciuchy, wyręczała w opiece nad synem. Kilka razy, kiedy "dorosłe" życie mnie przerastało, wracałam do mieszkania rodziców, żeby doładować akumulatory. Ceną za tę pomoc była ingerencja w moje życie. Mama bez  skrupułów dawała mi rady w sprawie wychowywania dziecka, gospodarowania domowym budżetem czy relacji z mężem. Buntowałam się, ale nie potrafiłam zrezygnować z jej pomocy. Mijały lata i pewnego dnia, kiedy raz zadzwoniłam do mamy z jakimś problemem, po drugiej stronie kabla zapadła cisza. Potem usłyszałam: "Córeczko, żyjesz zupełnie inaczej niż ja. Masz do tego prawo. Takie czasy... Cóż z tego, że mówię ci, co powinnaś zrobić, skoro ty i tak zrobisz po swojemu. Jestem już zmęczona. Już chyba czas, byś nauczyła się radzić sobie sama".

Poczułam się wtedy zupełnie jak pisklę, które nie może odważyć się na pierwszy lot, a matka pełnym troski, ale jednocześnie zdecydowanym ruchem wypycha je z gniazda. Nie zapomnę tego do końca życia.


Malec schodzi z kolan

Eksperymentowanie z samodzielnością zaczyna się w dniu, w którym twój malec pierwszy raz schodzi z kolan. Często na czworaka oddala się w odległy kąt mieszkania. Co ty wtedy czujesz? Dumę, że jest taki zaradny, ale też  pomieszaną z lękiem, że zrobi sobie krzywdę. Co robisz? Uważnie obserwujesz, czy w zasięgu dziecka nie ma niebezpiecznych przedmiotów, czy chwytasz go na ręce albo ostrzegasz: "Ostrożnie, tam nie wolno, nie odchodź za daleko"? To ważne, żebyś przypomniała sobie tamtą chwilę, bo dziś, kiedy malec jest dorosły i próbuje żyć po swojemu, być może czujesz, a także zachowujesz się podobnie. Mimo naturalnego oporu w matczynym sercu przychodzi czas, by dać dziecku autonomię, przyznawać mu prawo do niezależności i powoli zwinąć ochronny parasol.

Kiedy dzieci były małe, zmęczona z utęsknieniem przecież czekałaś, kiedy nauczą się radzić sobie same. A dziś? Zamartwiasz się, że córka zbyt dużo pracuje, syn ciągle nie może znaleźć odpowiedniej dziewczyny. Narzekasz, że dzwonią zdecydowanie zbyt rzadko, albo, przeciwnie, nieustannie oczekują twojej pomocy. Niemal każdego dnia analizujesz ich życie i zastanawiasz się. Czy byłaś wystarczająco dobrą matką, czy dałaś im wszystko, by były szczęśliwe. Czy kiedykolwiek nadejdzie dzień, w którym dasz sobie prawo do zwolnienia samej siebie z odpowiedzialności za swoje dorosłe dziecko? Niestety, ta chwila zwykle bywa bolesna dla obydwu stron.  


HISTORIA MARTY  I JEJ SYNA:

Marek był nadwrażliwym i chorowitym dzieckiem. Nie chodził do przedszkola. Dwa pierwsze lata nie mógł przyzwyczaić się do szkoły. Długo nie interesowały go dziewczyny, a jako 18-latek przeżył wielką, nieszczęśliwą miłość. Kiedy poznał Kasię, swoją przyszłą żonę, byłam szczęśliwa, że wreszcie ułoży sobie życie. Mój mąż od początku twierdził, że zaakceptowałam synową, bo była dziecinna, a przez to uległa.

Po ślubie młodzi zamieszkali w swoim mieszkaniu, ale każdego dnia wpadali do nas na obiad. Marek ma wrażliwy żołądek, a poza tym obydwoje studiowali i pracowali. Chociaż w ten sposób chciałam im pomóc. Kiedy urodził się mały Mareczek, synowa zatrudniła niańkę, ale ja codziennie do nich jeździłam. Niania była młoda, trudno się dziwić, że syn i synowa byli spokojni, jeśli wszystkiego dopilnowałam. Po kilku latach wybudowali dom i za proponowali, żebyśmy z nimi zamieszkali. Najpierw nie miałam na to ochoty. Mareczek chodził już do szkoły, obiady jadali poza domem, ale szybko okazało się, że kiedy wpadali wieczorem do domu, z przyjemnością zjadali moją pomidorową i gołąbki. Nie miałam zbyt wiele pracy. Do sprzątania przychodziła pani Iwonka, a kiedy mały chorował, druga babcia zabierała go do siebie. Ale wiadomo, jakie to życie: wielki dom, dwa psy, ogródek, w którym ciągle jest coś do zrobienia, i rodzina, która zjeżdża pod wieczór. Nie miałam już tyle siły, co dawniej. Brakowało mi mojego mieszkania, sąsiadek, znajomych sklepów... Robiłam to dla dzieci.

Oczywiście, dochodziło też między nami do drobnych konfliktów. To prawda, że dla dwóch gospodyń nie ma miejsca w jednej kuchni. Kilka razy wyprowadzałam się od nich, ale syn tak prosił, że po kilku dniach wracałam. Jednak pewnego dnia, kiedy kolejny raz posprzątałam kuchnię "po swojemu", synowa popatrzyła na mnie poważnie i powiedziała: "Mamo, jestem ci wdzięczna za pomoc, ale to moja kuchnia", a Marek, chyba po raz pierwszy, nie stanął po mojej stronie: "Mamo, Kasia ma rację". Mąż się nie odezwał, tylko następnego dnia spakował nasze rzeczy i powiedział: "Pora wracać do domu. Oni mają swoje życie, a my swoje".


Dodał(a): Michalina Gruszka , Piątek 06.01.2012 (aktualizacja: 2012-01-05)
Ocena:

Dodaj komentarz

Wszystkie komentarze

Awatar
Zaloguj się lub zarejestruj jeśli chcesz dodać komentarz.

Zobacz również

×