Z pamiętnika alkoholika

Kiedy nie pije, jest naprawdę cudownym ojcem, mężem, przyjacielem. Zamienia się w potwora, gdy wpada w ciąg. Znajomi radzą: "Zostaw go, szkoda twojego życia, to alkoholik". Czujesz się bezradna. Chciałabyś zrozumieć, co dzieje się w duszy twego mężczyzny, kiedy wypija kolejną butelkę ukrywaną na półce za książkami.

Uzależnienie od alkoholu

Dziś Maciek ma swoją firmę, udane życie rodzinne i przyjaciół. Jest szczęśliwy, ale też czujny, bo alkoholizm to piętno na całe życie. W trzeźwieniu najbardziej pomogli mu tacy jak on. Ma wobec nich dług wdzięczności. Nie namawia nikogo do abstynencji, ale poproszony o pomoc nie odmawia. Pierwszym ważnym krokiem na drodze do trzeźwienia jest napisanie piciorysu, czyli historii picia. Oto fragment piciorysu Maćka - Jeśli moja historia pomoże w czymkolwiek choć jednej osobie, spłacę jedną ratę mojego długu.

Od 1973 do 1995 roku: Nie piłem po to, żeby zostać alkoholikiem

Zaczęło się niewinnie, w miejscu, które znałem z dzieciństwa. Kiedy miałem 23 lata, właśnie tu babcia przyprowadzała mnie na spacery. Piaskownica, drzewa z rajskimi jabłuszkami, sklep zoologiczny i kino, do którego chodziłem na poranki. Gdybym wiedział, że za 12 lat w tym miejscu wypiję pierwszą butelkę taniego wina, to...

Szybko spostrzegłem, że alkohol pozwala opanować lęk, wstyd, zapewnia lepszy kontakt z kolegami, dodaje odwagi. W szkole średniej piłem systematycznie – co sobotę. Dzięki alkoholowi byłem duszą towarzystwa. Wystarczyło napić się wódki, a świat stał przede mną otworem. To przekonanie towarzyszyło mi przez lata. Piłem po każdym niepowodzeniu, ale i z radości. Wszystkie zdarzenia w moim życiu, którym towarzyszyły emocje, zalewałem alkoholem. Piłem w najmniej oczekiwanych momentach i wbrew logice. Przed egzaminem, spotkaniem, w czasie podejmowania ważnych decyzji, w chwili zdenerwowania. Szukając ucieczki przed odpowiedzialnością, manipulowałem sobą i światem, by mieć komfort picia. Niechętnie wyznaczałem sobie cele, bo wymagały poświęcenia i wytrwałości, a moje kilkutygodniowe alkoholowe ciągi przekreślały ich realizację.

Z czasem było coraz gorzej. Ciągi alkoholowe stawały się dłuższe, a wychodzenie z nich coraz boleśniejsze. Odstawienie alkoholu powodowało okropnego kaca, delirium i bezsenność. Drżenie rąk, nóg było nie do opanowania. Nie spałem po kilka dni i nocy. Patrząc w sufit, błagałem o bliżej nieokreśloną pomoc, obiecując sobie, że to ostatni raz. Czasem kończyło się to powodzeniem i dochodziłem do siebie, innym razem – porażką. W środku nocy wychodziłem po wódkę ze świadomością, że ulga  będzie chwilowa, a jutro wszystko zacznie się od początku. I ten lęk przed wszystkim, który mi ciągle towarzyszył: przed ludźmi, telefonami, listonoszem, powrotem do pracy i koniecznością tłumaczenia się z przedłużenia urlopu wziętego, by pić do dna. Powoli traciłem kontrolę nad ilością wypijanego alkoholu, a nawet nad tym, kiedy i z kim będę pić. Ciągi alkoholowe rozpoczynałem bez przyczyny. Innym razem do "pójścia w tango" układałem cały scenariusz. Brałem urlop, odkładałem gotówkę, szukałem pretekstu. Nazywałem to próbą kontrolowania niekontrolowanego picia.

Od 1995 do 04.2000 roku: Przepite życie

Awantury domowe dopieszczałem do perfekcji, by w efekcie trzasnąć drzwiami i pójść na wódkę bez poczucia winy. Relacje z żoną pogarszały się. Widziałem jej bezradność i lęk, kiedy wracała z pracy, nie wiedząc, co zastanie w domu. Widząc mnie pijanego, krzyczała. Ale ja byłem niewzruszony. Nie zareagowałem, kiedy raz rzuciła się na mnie z pięściami, a w końcu wylała mi butelkę wódki na głowę. Potem zaniemówiła ze strachu. Może bała się, że ją uderzę? Ale ja nie biłem. Wiedziałem, że żona pójdzie spać, a ja będę pił do rana.

W "dobrych" okresach potrafiłem nie pić przez osiem miesięcy, najdłużej rok. W domu był spokój, a ja odrabiałem straty spowodowane pijaństwem. Przerwy w piciu utwierdzały mnie w przekonaniu, że mogę pić, skoro wytrzymuję bez alkoholu całe miesiące. To skąd pomysł, że jestem alkoholikiem? Niestety, trafiała się okazja np. służbowego drinka z klientem i...

Żona prosiła, żebym poszedł się leczyć... Uspokajałem ją, że wszyscy przecież piją. Owszem, czasami przesadzam z alkoholem, ale sam sobie z tym poradzę. Jednak w głębi duszy przestawałem w to wierzyć. Choć nadal nie dopuszczałem do siebie myśli, że jestem alkoholikiem, coraz częściej wydawało mi się, że nie można wysiąść z tej karuzeli. W wieku 41 lat nie widziałem sensu życia. Było mi wszystko jedno, co się stanie. Przygotowywałem się na najgorsze. A najgorsze wracało jak bumerang. Wtedy piłem i znów stawałem się silnym facetem, który wszystko może.  

Dodał(a): Magdalena Milewska , Poniedziałek 19.03.2012 (aktualizacja: 2012-03-16)
Ocena:

Dodaj komentarz

Wszystkie komentarze

Awatar
Zaloguj się lub zarejestruj jeśli chcesz dodać komentarz.

Zobacz również

×