Odnalazłam w sobie kobiecość

Szybko dała się polubić jako komisarz Barbara Storosz w "Kryminalnych". Zaraz potem zniknęła ze szklanego ekranu na kilkanaście miesięcy. Ułożyła swoje życie i urodziła synka Ignacego. Ciekawe, czy się zmieniła, co w sobie odkryła, przeciwko czemu już się nie buntuje, na co się nie zgadza.

Odnalazłam w sobie kobiecość

Redakcja: W tym roku skończyłaś 30 lat. Można ci pozazdrościć takiego bilansu. Masz półtorarocznego synka, niebawem zobaczymy serial "Szpilki na Giewoncie", w którym grasz główną rolę. Powiem krótko: Magdo, nie tracisz czasu.

Magdalena Schejbal: Wszystko jest w porządku. Pamiętam,  że 25. urodziny były bolesne. Szybko minął mi czas między 20. a 30. rokiem życia. Pewnie dlatego, że zaczęłam wcześnie pracować, już w podstawówce. Wszystko się szybko działo. Jedne studia – socjologia, potem
PWST, "Kryminalni". Nie zauważyłam, kiedy dobiegłam trzydziestki.

O.: Słyszałam, że byłaś zbuntowaną nastolatką. Oceniając dziś ten czas, myślisz, że było to dla ciebie dobre?

M.S.: Gdyby było inaczej, nie byłabym tym, kim jestem. To ukształtowało mój charakter, światopogląd. Myślę, że warto było być niepokorną, bo będzie co wspominać w bujanym fotelu. Jak myślę o sobie z perspektywy, to myślę o sobie dobrze. Można było kilka akcji dywersyjnych wykonać, nie robiąc tyle krzyku i wrzasku dookoła. Ale chodziłam do bardzo konserwatywnego liceum, a było tam wiele niekonserwatywnych osób, więc idąc za grupą, zaliczyłam kilka wybryków. Mogłam rodzicom sprawiać mniej kłopotów. Oni nie mieli ze mną łatwo. Każdy z nas prędzej czy później przechodzi bunt, tylko, niestety, niektórzy robią to za późno i zachowują się głupio, np.: rzucają  żony, kupują sportowe samochody, wiążą się z małolatami. A niektórzy buntują się już w podstawówce, paląc w toaletach. Jeszcze inni w liceum. I dobrze, bo właśnie wtedy jest najlepszy moment na robienie głupot, bo wtedy jest czas, żeby je potem naprawić. Myślę, że wyszłam zwycięsko z różnych swoich eksperymentów. Nic mi się nie stało, jestem silniejsza, a dzięki temu mądrzejsza. Bunt w młodości to potencjał na przyszłość. Dziś jestem odważniejsza, potrafię o swoje zawalczyć.

Odnalazłam w sobie kobiecość
O.: Przecież w twoim zawodzie walka to podstawa.

M.S.: Tak, ale to trzeba umieć robić. Walka z wiatrakami, jaką uprawiałam, nie ma sensu.

O.: Nie jesteś typem blondynki. I, nic nie ujmując twojej kobiecości, kojarzysz się raczej z komisarz Barbarą Storosz z serialu "Kryminalni" i chyba też trochę taka jesteś.

M.S.:  Oj, pół na pół. Lubię mieć coś do powiedzenia, nigdy nie stoję z boku. Nie zgadzam się na płytkość, pochopność ludzkich ocen czy niesprawiedliwość. Wystarczy przyjrzeć się trochę mojemu zawodowi,  żeby zauważyć,  że jest bardzo niesprawiedliwy. Nie lubi się ludzi, którzy mówią coś otwarcie, bo robią kłopot. Wiem, że mówią, że jestem trudna, ale nie tupię nogami jak mała dziewczynka. Ważne, żeby nie zrobić komuś krzywdy. Trzeba wyważyć emocje z argumentami i jeszcze coś dla siebie ugrać. Ludzie ciągle mnie pytają, czy zmieniłam się po ciąży. W głębi duszy jestem tą samą osobą. Tylko bogatszą o doświadczenia.

O.:
Przyznaj, że przyjście na świat dziecka zmienia wszystko.

M.S.: Ignacy pojawił się w moim życiu w takim momencie, kiedy przeszłam już burze i napory. Miałam za sobą nieciekawe epizody, nieciekawych facetów, którzy się koło mnie kręcili. Myślę, że teraz trochę sobie ułożyłam to swoje życie. Dzięki Ignacemu jestem mądrzejsza. Moja siostra Kaśka mówi, że nigdy nie pomyślałaby, że będę taka cierpliwa. Ja też nie podejrzewałam, że przy swoim narwaniu, tempie mówienia, potrzebie wrażeń będę to umiała. Ale życie wszystko weryfikuje. Ja naprawdę widzę same plusy macierzyństwa.

O.:  Kobiety coraz głośniej mówią, że bycie matką nie jest takie słodkie jak w reklamie pampersów.

M.S.:  Bardziej zmęczona jestem po kilku godzinach spędzonych na planie zdjęciowym niż po dobie z synkiem. Nie wiem, może Ignacy jest dobrym dzieckiem, może mnie trafił się taki wyjątkowy maluch? Nie budzi się w  środku nocy. Pada około 21 i śpi. Nauczyłam się, że wyznaczanie dzieciom rytmu w ciągu dnia wyznacza im rytm życiowy. Dzieci muszą się czuć bezpieczne. Wiedzą, że o tej porze jest to, o innej tamto. Przyzwyczaiłam Ignacego do tego, że wieczorem najpierw się z nim bawię, potem jest kąpany, dostaje mleko, a potem puszczam mu miśki, daję buzi i wychodzę z pokoju.

O.: I już? Obyło się bez dramatyzowania?

M.S.: Oczywiście, że nie! Darł się tak, że musiałam do niego wracać. Najpierw było mi ciężko, ale potem wytłumaczyłam sobie, że krzywda mu się nie dzieje. Jest nakarmiony, wykąpany, ukochany. On tylko walczy o swoje. Po sto razy wracałam do jego łóżeczka, ale nauczył się, że tak musi być. Teraz zanim zaśnie, gada coś do siebie. Dzieciom też potrzeba chwili intymności, przeżywania wszystkiego po swojemu. Dla mnie dziecko to nauka pokory. Kiedyś dzień przeciekał mi przez palce, wstawałam o 12-13 zmasakrowana, zmęczona. A teraz? Jestem na nogach już o 7 i wiem, ile człowiek ma czasu dla siebie. Nie potrafię narzekać na macierzyństwo. Bycie mamą bardzo mi się podoba. I chciałabym mieć dużo dzieci. Ale do tego muszę mieć duży dom i ogród. I czas. Uważam, że każda kobieta powinna mieć dziecko. A szczególnie ta, której się wydaje, że nie może sobie ze sobą poradzić, cierpi z miłości i jest wewnętrznie rozedrgana.

O.:  A może jest inaczej. Nie myślisz,  że taka kobieta przeniesie to rozedrganie na swoje dziecko?

M.S.: Dzieci to terapia na zło świata. Otrzeźwiają umysł i leczą z różnych potworności. Te niewinne maluchy chronią nas od złych rzeczy. Człowiek widzi wszystko w kolorowych barwach, gdy dziecko rozwija się, odkrywa świat na nowo. A my odkrywamy to razem z nim.

O.: Jaki jest Ignacy? Emocjonalny?

M.S.:  Bardzo. Widzę, jak trzyma w sobie emocje, jak przeżywa. A wiesz, że on waży już połowę tego co ja?! Niedługo będę miała problem z podniesieniem go, bo ważę niewiele ponad 40 kg.

O.: Ale sprawiasz wrażenie bardzo silnej kobiety. I wcale nie mam tu na myśli twojej fizyczności.

M.S.:  Nie wiem, czy to takie dobre... Obserwuję inne kobiety i wydaje mi się, że przez ostatnich dziesięć lat wiele się zmieniło i wcale nie na lepsze. Kobiety stały się strasznie „ponapinane”. Na barkach niosą wszystkie nieszczęścia świata. Odpowiedzialność za dom, zarabianie, za dzieci. Kiedyś byłyśmy eteryczne, kruche. Mężczyźni wracali do ciepłego domu z obiadem na stole. I chciało się razem żyć. Dziś jesteśmy takimi robotami kuchenno-domowymi. Nie wiem, czy tą emancypacją same sobie tego losu nie zgotowałyśmy. Obowiązki, jakie na siebie wzięłyśmy, przerastają nas. Jest jakiś mus, przekonanie, że beze mnie ten facet sobie nie poradzi.

O.: To nasze dążenie do perfekcji?

M.S.: Tak, ciężko od niej uciec. Wszystkie ją załapujemy i ciągniemy przez życie. Takie heros-baby. I faceci traktują to jako coś oczywistego: chciałyście, to sobie radźcie.

O.: Wolałabyś być taką domową kobietą, która czeka z zupą?

M.S.:  Jestem taką kobietą. Potrafię, ale nie gotuję codziennie. Nie jestem jak pokolenie naszych matek, które pracowały, gotowały, opiekowały się dziećmi, jednak coraz częściej  łapię się na tym,  że potrafię zrobić wiele rzeczy w krótkim czasie. Mam podzielność uwagi. W jednej ręce trzymam dziecko, w drugiej odkurzacz, jednocześnie rozmawiam przez telefon. Znam wiele dziewczyn, które tak właśnie żyją. Można powiedzieć, że sobie radzą, ale jakim kosztem? Czy o to chodzi? No i faceci mówią: "Zmęczona jesteś? Coś ty! Świetnie wyglądasz, doskonale sobie radzisz!". I tak już wszyscy przywykliśmy do tego, że my, kobiety, zawsze sobie radzimy. I nie potrafimy już inaczej.

O.: To pokolenie naszych matek przegapiło moment, kiedy trzeba było facetów zatrudnić do zadań domowych. Wzięły na siebie wszystko. Mężczyźni mają tylko pracę.

M.S.:  Sądzę, że to faktycznie wina kobiet. Faceci myślą prosto i logicznie. Jak im została
praca, to skupili się na niej.

O.: Spotykasz jeszcze silnych mężczyzn?

M.S.: Tak samo jak my, kobiety, się zmieniłyśmy, tak zmienili się faceci. Dziś nie są już tacy męscy. Pojawili się jacyś metro-seksualni mężczyźni. Szczerze, nie mam nic przeciwko temu, o ile mężczyzna jest dla kobiety oparciem.

O.: Powiedziałaś kiedyś, że już nie starasz się zrozumieć facetów, tylko ich akceptujesz.

M.S.:  Rzeczywiście, nie rozkładam ich już na czynniki pierwsze. Zastanawiam się, co można zmienić w związku, jak się rozwijać. Myślę perspektywicznie, nie roztrząsam, nie kombinuję, nie doszukuję się wad. Muszę przyznać, że dla mnie to ciężka praca. Ale wszystko, co się dzieje w naszym życiu, zależy od nas samych.

O.: Może facetom jest łatwiej, bo jak taki tupnie, to jest uznawany za męskiego, a jak kobieta to zrobi, to mówi się o niej, że jest jędzą?

M.S.: Tak. Myślę, że faceci mają lepiej. Oni wtedy mają charakter, a my fochy. Kiedy kobieta potrafi walczyć o swoje, jest mało kobieca.

O.:
A ty potrafisz zawalczyć?

M.S.:
Potrafię, jednak nie zawsze wychodzi mi to na dobre. Mężczyźni nie lgną do silnych kobiet. Z jednej strony chcemy,  żeby się nami opiekowali, z drugiej – nie pozwalamy im się sobą zająć. Koło się zamyka. Facet myśl i sobie: "Po co mam się tobą zająć, skoro sama świetnie sobie radzisz?".

O.: Może więc lepiej zatrzepotać rzęsami i dopiero wtedy powiedzieć swoje. Czy tak nie jest łatwiej?

M.S.:
W show-biznesie oceniamy ludzi powierzchownie. To, jak inni mnie postrzegają, to także wypadkowa zagranych ról. Mam nadzieję, że po serialu "Szpilki na Giewoncie" odmienię trochę swój wizerunek.

O.: Grasz w tym nowym serialu twardą babkę... Główna bohaterka, Ewa, nie jest postacią sympatyczną, przynajmniej na początku. Ale mam nadzieję, że dodałam jej coś, co widzowie polubią. To nie jest film o przyjaciółeczkach, które wspólnie piją wino i roztrząsają swoje problemiki. Jest normalnie. Ten film jest też o takiej trochę wykreowanej kobiecości. O tym, że zamiast myśleć o swoim wnętrzu, skupiłyśmy się na botoksach i wydaje nam się, że dzięki nim jesteśmy kobiece i sexy. Mój nowy serial jest o tym, że życie nam tę kobiecość weryfikuje.

O.: Żyjemy w świecie, w którym wygląd ma znaczenie. Poświęcasz swojej urodzie dużo czasu?

M.S.:
  Nie wydaje mi się,  żeby to było specjalnie atrakcyjne zajęcie. Na razie jestem jeszcze za młoda na botoksy i liftingi.

O.:  Teraz nie, ale za kilka lub kilkanaście lat? Przecież w twoim zawodzie czas jest okrutny.

M.S.:  Nie zarzekam się. Problem jest w tym,  że fizycznie boję się bólu – igieł, skalpela... Brr. Owszem, miałam kiedyś o kilka kolczyków za dużo, ale tatuażu nigdy sobie nie zrobiłam, właśnie z tego powodu. Zastanawiają mnie kobiety, które potrafią zadać sobie tyle cierpienia, żeby mieć większe piersi czy  ładniejszy nos. Myślę, że one nigdy nie cierpiały naprawdę, nie chorowały, nie były w szpitalu. Nie wiem, jak można to sobie fundować. Ja tego nie rozumiem...

O.: Wydaje mi się, że więcej bólu sprawia im nieakceptowanie samej siebie i stąd te operacje...

M.S.: Być może. Ja w ogóle mam dystans do swojej urody. Cieszę się, jak dobrze wyjdę na zdjęciach. Ostatnio miałam taką sesję, na której wyglądałam jak kobieta chora na anoreksję. Poprosiłam więc grafika, żeby na zdjęciu dodał mi trochę kilogramów. Wiem, że najczęściej dziewczyny starają się wyglądać jak najszczuplej, ale mnie się przesadna chudość nie  podoba. Ja już, niestety, tak mam, że mało ważę – taka moja uroda.

O.: Słyszałam z pewnych źródeł, że od czasu kręcenia "Szpilek na Giewoncie" polubiłaś zewnętrzne atrybuty kobiecości. M.S.: A dziwisz się? Na planie chodziłam non stop na dwunastocentymetrowych obcasach! Nie tylko szpilki to była dla mnie odmiana. Także fryzury, spódnice ołówkowe, garsonki, bluzki koszulowe... Wydaje mi się, że przez tyle lat na planie "Kryminalnych" trochę tę swoją kobiecość zagubiłam. Ale inaczej się nie da, kiedy biegasz z facetami w bojówkach, klnąc jak szewc, strzelając. Jest coś za coś. Byłam już zmęczona tym nabuzowaniem, parciem do przodu. Teraz nie mam siły nerwowo latać. Kobiecość to subtelność, delikatność. Myślę, że chyba w końcu ją w sobie znalazłam.


Rozmawiała: Anna Polańska

Przeczytaj również:

Magdalena Schejbal: Jestem włóczykijem



Dodał(a): Redakcja , Środa 23.03.2011 (aktualizacja: 2011-12-06)
Ocena:

Dodaj komentarz

Wszystkie komentarze (1)

Awatar
Zaloguj się lub zarejestruj jeśli chcesz dodać komentarz.
rendus
Lubię panią Magdę i życzę jej wszystkiego najlepszego!
Dodano: 2011-10-30 20:42:59 Zgłoś nadużycie

Zobacz również

×