Rockandrollowa mama

Kiedy idzie do studia albo koncertuje, daje z siebie wszystko. Ale potem wraca do domu, wyłącza telefon i poświęca czas synkowi Filipowi. Bo muzyka jest dla niej ważna, ale nie najważniejsza! Przekonuje jednak, że można połączyć bycie mamą i rockową pasję. Nie lubi pytań o tatę. Twierdzi, że gdyby jej kariera opierała się tylko na nazwisku, to skończyłaby się po pierwszej płycie. A do sklepów trafił właśnie nowy, piąty już album Patrycji Markowskiej. I na liście bestsellerów pnie się coraz wyżej!

Rockandrollowa mama

Redakcja: Ciekawe... twoja nowa płyta nie ma tytułu. Zastanawiam się: dlaczego?

Patrycja Markowska: Ta płyta jest wynikiem dziesięciu lat mojej pracy. W zasadzie mogłabym w tym roku obchodzić jubileusz, ale na to nie jestem gotowa. Natomiast gdzieś w środku poczułam, że to jest moment, w którym mogę nazwać płytę swoim nazwiskiem.

O.:
Jak z perspektywy ostatnich dziesięciu lat oceniasz swoją karierę?

P.M.: Myślę, że nie należała do najłatwiejszych. Trochę czasu mi zajęło, żeby dojść do miejsca, w którym jestem. Nie było u mnie takiego boomu jak u niektórych debiutantów z "Idola" – wygrywali program i mieli wielkie wejście. Każda moja kolejna płyta sprzedawała się coraz lepiej. Czułam, że walczę o słuchaczy każdym zagranym koncertem. Taka droga uczy pokory. Umiem docenić to, co mam.

O.: Ale zostawiłaś sobie furtkę: skończyłaś studia niezwiązane ze śpiewaniem.

P.M.: Chciałam mieć coś w zanadrzu, rozwijać się, poszerzać horyzonty. Zawód piosenkarza jest bardzo niepewny. Czuję jednak lekki niedosyt, ponieważ zrobiłam tylko studia licencjackie. Miałam możliwość kontynuowania nauki, ale wtedy debiutowałam i po prostu nie było czasu. Teraz trochę żałuję. Zwłaszcza, że miło wspominam okres studiów. Mieszkałam sama w kawalerce w centrum Warszawy i czułam się wolna (śmiech).

O.: Teraz o tę wolność jest już trudniej?

P.M.: Niekoniecznie. Absolutnie można ją poczuć, będąc mamą. Wolność po prostu trzeba mieć w sobie. Mój syn Filip jest dla mnie priorytetem, ale zaraz po nim jest muzyka. I właśnie mój zawód daje mi trochę wolności. Wyjeżdżam na koncerty, mam kontakt z ludźmi – bardzo tego potrzebuję.

O.: Jakiś czas temu mówiłaś, że pierwsze tygodnie z Filipem były ciężkie.

P.M.: Nie ciężkie. Bardzo ciężkie.

O.: Teraz jest lepiej?

P.M.: Jestem matką, która w pełni macierzyństwem zaczęła się cieszyć niedawno. Oczywiście, wzruszające chwile były od początku, ale to była trudna lekcja, kiedy Filip miał kolki, nie spał i ja nie spałam. Myślałam, że zwariuję. Dlatego podziwiam wszystkie matki,
odkąd sama nią zostałam. Musimy mieć w sobie dużo wrażliwości, mądrości i siły, bo to na nas spoczywa największa odpowiedzialność za dziecko.

O.:
Kiedyś muzyka działała na Filipa uspokajająco. Nadal tak jest?

P.M.: Teraz działa raczej pobudzająco...Codziennie wieczorem Jacek się na nas wkurza, bo uważa, że dziecko powinno się wyciszyć przed snem. I, oczywiście, ma rację! Ale o godzinie 19 Filip przychodzi i mówi: "Mamo, włącz muzykę". To jest taki nasz rytuał, że puszczamy piosenki, skaczemy i tańczymy. Filip czasem pyta: "Mamo, kto to?". Ja mówię,  że Michael Jackson. A on wtedy zakłada sobie na głowę mój kapelusz, bierze swoją zabawkową gitarę i gra. To dla mnie najpiękniejsza pora dnia! Pielęgnuję takie chwile, bo poza nimi macierzyństwo to również ciężka praca.

O.: Jesteś rockandrollową mamą...

P.M.: A co to znaczy? Jeśli rock and roll to radość życia i wolność, to tak, jestem. Staram się dawać synowi jak najwięcej radości. Pamiętam z dzieciństwa, jak mój tata sadzał mnie na masce samochodu i jeździliśmy tak wzdłuż rzeki Świder. Czy wiesz, że to były najpiękniejsze chwile? Staram się takie momenty fundować Filipowi. Ale jak broi i np. nie chce czegoś po sobie posprzątać, to – choć serce mi pęka – wyznaczam mu karę.

O.: Taką samą, jaką dawał ci tata, kiedy zabraniał jeść lodów...

Rockandrollowa mama
P.M.: Ale dawał ptasie mleczko (śmiech)? Nie, zawsze jedna osoba pilnuje egzekwowania kary. Filip ma wyrosnąć na wartościowego człowieka, dlatego musi znać swoje granice. Ani ja, ani Jacek nie jesteśmy zwolennikami całkowicie bezstresowego wychowania.

O.: A kiedy Filip dorośnie i zapuści włosy?

P.M.: Oj, nie mogę się tego już doczekać! Naprawdę. Dla mnie długie włosy u faceta to największy afrodyzjak!

O.: Może zrobi sobie tatuaż?

P.M. : Już ma. To śmieszna historia. Jakiś czas temu zrobiłam sobie tatuaż na karku. To literka "f", jaką Chopin oznaczał w zapisie nutowym "forte", czyli głośno, mocno. Ale też "f" jak Filip. Gdy wróciłam z tatuażem do domu, syn natychmiast chciał mieć namalowaną literkę "f" w tym samym miejscu. A ponieważ on siebie tam nie widzi, to od trzech miesięcy pyta się mnie, czy ta literka nadal tam jest. Ja odpowiadam: "Oczywiście, przecież masz tatuaż". Więc w pewnym sensie Filip ma już nawet dziarę na karku (śmiech)!

O.:
I to jest właśnie rock and roll! Ale wracając do muzyki... Premiera twojej płyty zbiegła się z premierą płyty Perfectu.

P.M. : Przypadkiem!

O.: Ale nie przypadkiem na tej płycie znajduje się kawałek, w którym śpiewasz.

P.M.:
Tak, i jestem z tego dumna. To dla mnie dowód, że muzycy mi zaufali, uwierzyli, że dojrzałam, i ja też poczułam, że jestem gotowa z nimi zaśpiewać. Tata skomponował "Trzeba żyć" – tak piękną bluesową piosenkę, że jak ją usłyszałam, to poprosiłam, żeby napisał też bluesa na moją płytę. I następnego dnia go miałam! Słowa zgodził się napisać Bogdan Loebl. Bardzo im jestem wdzięczna, bo "W kamiennej dżungli" to kawałek dobrej muzyki!

O.:
Praca, dziecko – wszystko się układa. Ale nie mogę nie zapytać o twój ślub! To ciekawe, w internecie znalazłam co najmniej trzy daty...

P.M. :
Żadna nie jest prawdziwa (śmiech). I tak nie moglibyśmy wziąć ślubu kościelnego, bo Jacek ma go za sobą. A ja nigdy nie marzyłam o białej sukni. Po co mi kawałek papieru? Jest
Filip i tyle się wokół dzieje... Ślub nie jest mi potrzebny do szczęścia.

Rozmawiała: Marta Drelich




Dodał(a): Redakcja , Środa 23.03.2011 (aktualizacja: 2011-11-02)
Ocena:

Dodaj komentarz

Wszystkie komentarze

Awatar
Zaloguj się lub zarejestruj jeśli chcesz dodać komentarz.

Zobacz również

×