"Sfera Armilarna" Andrzej Pilipiuk


Dlaczego to zrobiłem? No dobra, byłem zdrowo skołowany, zaufałem dorosłemu, mężczyźnie, który sprawiał wrażenie przywódcy, dałem sobą pokierować. Odwaliliśmy
razem kawał dobrej roboty. Ale potem w górach, gdy spotkałem Chińczyków. Wiedziałem przecież, że mnie zabiją, i zamiast się choćby przestraszyć, łgałem, by ją chronić... Za wszelką cenę.
– Wtedy, gdy została postrzelona, zasłoniłeś Helę własnym ciałem... – powiedział do Artura. – Jeden krok w bok... Pochylony byłeś, kolejny bełt strącił ci czapkę...
– Tak? – zdziwił się młody kupiec. – Nawet tego niezapamiętałem, wszystko rozegrało się tak szybko. Jakby grom uderzył... Ale chyba masz rację. – Zmarszczył
brwi, usiłując pobudzić pamięć. – Chciałem ją osłonić. Ją, a nie Martę, która stała obok
z latarką w ręce. W Heli jest coś takiego... – powiedział cicho. – Coś, co sprawia,
że człowiek polubi ją od pierwszego spotkania... Jakieś ciepło, błysk dowcipu, wewnętrzne światło. Wszak nie jest ładna, także jej ciało nie budzi mych żądz. Mimo to zawsze lubiłem być w jej pobliżu.
– Dotknięcie nienazwanego – mruknął Staszek po polsku.
– Nienazwanego – powtórzył po niemiecku alchemik, jakby rozważał i smakował to określenie. – Dobrze to ująłeś... W każdym razie jest coś, co sprawia, że staniecie
za panienką murem. Wy i inni. Ale i ona o siebie zadbać potrafi , a w kąt zagoniona kąsać będzie śmiertelnie... – uzupełnił po namyśle.
Staszek zagryzł wargi. Wizja, jaką łasica pokazała Markowi... Ta z czasów powstania. Hela, zmaltretowana, skatowana, śmiertelnie ranna, zgwałcona, potrafiła wyrwać oprawcy rewolwer z kabury. Umierała, ale zdołała jeszcze zastrzelić tamtych dwu bydlaków. A potem w Norwegii. Gdy ją uwolnili, kilka dni spędziła jakby w półśnie, a potem nagle się ocknęła. I wściekłość wręcz w niej eksplodowała. Powiesiła kata! Potem jeszcze usiekła jego pomagiera i córkę na szlaku. I Samiłło coś podobnego o niej powiedział...
– Dlatego sądzę, że żyć będzie – zakończył Niemiec swoje wywody. – Jej czas nie nadszedł i nie wypełniła jeszcze zadań swego życia. Rana, choć wygląda na śmiertelną,
do tej pory jej nie zabiła. Sen siły przywraca. Wejrzeć w głąb ciała nie potrafię. Mocz
się pojawił, to dobrze, znak, że w nerkach ani pęcherzu nie zalega. Martwię się jednak, co
z kiszkami. Choć bywa i tak, że człowiek, w brzuch raniony, lata całe jeszcze żyje, bo natura ludzka mocną jest. Jeśli jej lekkim jadłem i medykamentem pomożemy, wiele przezwyciężyć potrafi .
– Medykamentem? – podchwycił Artur.
– Nie mam leków, które w takim przypadku pomóc by mogły. – Doktor rozłożył ręce. – Wywar z kory gorączkę zbić może, ale jej ciało chłodne jak u zdrowego człowieka. Pijawek przystawiać nie ma potrzeby. Puls słaby... Może kordiału podać by warto? Ale nie wiem,
czy pomoże się przebudzić.
– We Lwowie, panie, bywaliście. A gdyby tak driakiew? Ta ormiańska... Uchodzi za panaceum na wszelkie dolegliwości – odezwała się wdówka.
– O, to wiele wiecie, pani – pochwalił. – Nie mam jej, choć wiele słyszałem o cudownych właściwościach tego leku... Ale gdyby tak... – zadumał się.
Milczeli, nie chcąc spłoszyć myśli.
– Mam mumio – powiedział wreszcie.
Staszek drgnął. Gdzieś z głębin pamięci przebiło zdarzenie z wczesnego dzieciństwa. Poszedł z dziadkiem na bazar, gdzie rozmaitym szmelcem handlowali przybysze zza Buga. Dziadek kupił wtedy małą saszetkę czarnego mazidła. Dodawał sobie potem po odrobinie do kawy czy herbaty. Ale na którą z licznych chorób miało pomóc?
– Mumię? Znaczy się, starożytnego trupa kawałek? – skrzywił się Artur.
– Nie suszone ciało starożytnych, które z Egiptu dociera, ale górski wosk dobywany na stokach Kaukazu – zaprotestował alchemik. – Panaceum opisane w pismach
wielkiego ojca medycyny Paracelsusa, a do Polski przez Ormian sprowadzane i strzeżone pilnie. Jedynie zaufanym przyjaciołom po odrobinie sprzedają, na pytania zaś medyków waszych odpowiedź jest jedna: nie ma!
– Wam jednak, panie, sprzedali? – rzucił chłopak.
– Jeden z nich odrobinę i w tajemnicy przed pobratymcami. Widzę jednak dwa problemy... Pierwszym jest cena.
– To żaden problem – zaprotestował Staszek.
– Na wagę złota je cenią i nie ma w tym, niestety, żadnej przesady – powiedział doktor.
Chłopak wzruszył ramionami i wyciągnął sakiewkę.
– Druga zaś niedogodność jest taka, iż remedium to zdobyłem niedawno i własnych badań nie poczyniłem, tedy zawierzyć muszę temu, co mi opowiedziano i co w księgach wyczytałem. Uczeni z Paracelsusem na czele w zachwytach się rozpływają, ja jednak żywię obawę, iż w słowach ich wiele jest przesady...

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Źródło: Mat. prasowe

Przeczytaj również:

"Lustro czasu"

"Podróż na liściu bazylii"

"Namiętność"


Dodał(a): Karolina Czaja , Poniedziałek 18.07.2011 (aktualizacja: 2011-07-20)
Ocena:

Dodaj komentarz

Wszystkie komentarze

Awatar
Zaloguj się lub zarejestruj jeśli chcesz dodać komentarz.

Zobacz również

×